być jak Mandela

Trudno mi zacząć ten post. Wyklikałam już chyba ze dwadzieścia jego początków i każdy spotkał ten sam los. Kasując kolejny zastanowiłam się, o co tak naprawdę chodzi z tym kasowaniem??? Przecież zwykle jak siadam to piszę i potem już płynie „samo”;) A tym razem nie. Dlaczego?

Być może za sprawą tego, że będzie dziś o cierpieniu. Temat zapewne mało komu wydaje się łatwy, lekki i przyjemny, ale jakby nie było jest nieodłączną częścią życia. Każdego z nas. Jakże pocieszające jest jednak to, że nawet w przypadku cierpienia tak dużo możemy dla samych siebie zrobić! Dobrego, zbawiennego, leczącego! I o tym właśnie będzie ten post:)

Miałam ostatnio wielką przyjemność uczyć się sztuki psychoterapii od kogoś, kogo uważam za jej mistrza. Przez duuuuże M. Spotkanie z Bogdanem de Barbaro było dla mnie tak niezwykłe, że mogłabym o nim pisać, pisać i pisać. Nie na swoich wrażeniach chcę się tu jednak skupić, a na przekazaniu dalej cennego przesłania, które usłyszałam.

Cierpienie ciężko jest porównywać, mierzyć. Każdy z nas może go doświadczać na różne sposoby na każdym etapie życia. Bez względu na to, czego tak naprawdę dotyczy, niesłychanie ważne jest to, by w cierpieniu uniknąć jednej, szalenie istotnej rzeczy- uniknąć wejścia w rolę ofiary.

Jak to zrobić?

Nie rezygnować ze swojej sprawczości! Nawet w cierpieniu, nawet w najtrudniejszej i z pozoru beznadziejnej sytuacji można coś zrobić w tym kierunku. Urzekła mnie usłyszana od profesora de Barbaro historia Nelsona Mandeli, który odbywając karę więzienia w bardzo trudnych warunkach, znalazł sposób na to, by o swoją sprawczość zawalczyć. Jak to możliwe? Otóż za każdym razem, gdy w eskorcie dwóch strażników opuszczał swoją maleńką celę, świadomie poruszał się jak najwolniej. Krok po kroku, najwolniej jak tylko było to możliwe. To do jego tempa strażnicy musieli się dopasować i właśnie te momenty sprawczości Mandelę uratowały.

Inspirujące!

Mnie do zmiany w podejściu do cierpienia zainspirowało coś jeszcze;) Bo faktycznie jest z nim tak, że nader często fundujemy je sobie sami… Sami dla siebie stajemy się katem, choć idę o zakład, że mało kto tego dla siebie chce. Niestety dzieje się tak, gdyż o ile kiedyś, w jakiejś sytuacji, ktoś faktycznie nas skrzywdził, to trwając (czasem całymi latami) przy tej historii, krzywdzimy już wyłącznie my, samych siebie. Dlatego tak istotne jest to, by nie wchodzić w rolę ofiary. Poprzez swoją sprawczość zrobić wszystko, co w naszej mocy, by nie tkwić w cierpieniu tylko podnieść się, iść naprzód, żyć!

A jak już się tak rozkręciłam z tymi inspiracjami, to na koniec podrzucę jeszcze jedną 🙂 Dobrym pomysłem jest umówienie się z jakąś bratnią, życzliwą nam duszą na wzajemne „pilnowanie się” przed wchodzeniem w tą niechlubną rolę. Czasem dużo łatwiej patrząc z boku wyłapać, że ktoś właśnie to robi, że to znowu się dzieje… Wtedy potrzebny jest szybki alarm! Reszta zależy już tylko od nas. A stawką w tej grze jest Twoje dobre życie, o które naprawdę warto zawalczyć.

Sama jestem już w takiej „zmowie”, na mnie działa;)

Też spróbujesz?

Zachęcam zostawiając jeszcze tylko słoneczne, wosenne

ciao!

K.

  One thought on “być jak Mandela

  1. Karina
    4 kwietnia 2017 o 10:25 am

    Świetny tekst Kasia! Nie przegadany, autentyczny, mądry. Dziekuje !!! ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: