psychologiczny zamęt

Chwalicie swoje dzieci? Ja tak. Jak mi się podoba, to werbalizuję, szczerze mówię, nie kryję zachwytu, gdy się pojawia. Jestem sobą- ot spontaniczną matką, autentyczną w swym macierzyństwie. Wszystko fanie? Okazuje się, że nie do końca… Albo nawet wcale nie tak, jak być powinno…

Kubeł zimnej głowy na mą- najwyraźniej ciągle jeszcze nieopierzoną- głowę wylała Agnieszka Stein. Pani psycholog od dzieci. Pognałam na spotkanie z nią, zmamiona bardzo przeze mnie lubianą filozofią macierzyństwa bliskości, o którym najwyraźniej miałam zgoła inne wyobrażenie przed tym dniem. Rodzicielstwo, które na pierwszy plan wysuwa budowanie więzi, jak najlepszej relacji z dzieckiem, wydawało mi się bardzo tożsame z tym, które uprawiam na co dzień. Nie sądziłam jednak, że w pożądanym wydaniu zakłada ono zupełne wykluczenie pochwał i kar. O ile z tymi drugimi jestem nieco na bakier i de facto rzadko goszczą w naszych rodzinnych progach, to pochwał swoim dzieciom raczej nie szczędzę…

Wow!!! Krzyczę, cała podekscytowana na widok rysunku autorstwa córy, zwłaszcza, że sama bym takiego za Chiny Ludowe nie narysowała, będąc w tej dziedzinie beztalenciem kompletnym i kibicując, by moje dzieci miały inaczej;) Gdy zatem widzę konia, który jest na tym obrazku jak malowany, to reaguję żywo i… zupełnie nie tak, jak należy. Dowiaduję się otóż, że wskazana byłaby w tym momencie reakcja z gatunku:

„Hmmmmm, widzę, że dużo pracy włożyłaś w narysowanie tego konika.” 

Wypowiedziane tonem mocno powściągliwym, takim nie dającym po sobie poznać zachwytu. Ani, ani. Plus zwrócenie uwagi na szczegół/ szczegóły- „Widzę, że ciekawie dobrałaś kolory, konik wygląda dzięki temu bardzo naturalnie.”, co już przemawia do mnie mocno i praktykuję, choć i w tej części wkradają mi się pochwały. Bo wymknie mi się na przykład, że świetnie te kolory dobrane, a to już właśnie jeden most za daleko. Według pani Agnieszki, psycholog. Czym to chwalenie skutkuje? A na przykład tym, że dziecku przestanie się tak naturalnie chcieć coś robić, że zamiast zachęcać zupełnie je zniechęcimy, podkopiemy motywację wewnętrzną i jest to przez psychologów przebadane, dowiedzione, pewne. Na amen.

Podkreślam fakt, że pani Agnieszka jest psychologiem. Po raz wtóry i nie bez kozery zupełnie. Jako, że wyjątkowo wrednym byłam tego dnia uczestnikiem spotkania (ciąża czyni ze mnie jeszcze większą zołzę niż bywam poza nią i najgorsze jest to, że cholernie to lubię, więc może mi tak zostać na dłużej;)), zadawałam sporo pytań. Pytania były może nieco w kontrze do tego, co słyszałam, bo niezgoda na poszczególne treści rosła we mnie z minuty na minutę. Jak choćby na to, że błędem jest, gdy w domu rządzą rodzice. Nie ma rządów, nie ma hierarchii, wszyscy mamy być równi, budować relacje, partnerstwo bez granic. Liznąwszy w życiu sporo psychologii, odbywszy wiele warsztatów, naczytawszy się książek, poznawszy szereg teorii, wychwalając podejście Brazeltona oraz wszystko to, co chociażby w temacie motywacji zrobił i czego dowiódł Edward Deci, po prostu ciężko było mi się połapać wśród nowych, usłyszanych właśnie treści. Swoją wątpliwość i niemałe zagubienie również wyraziłam, jak mam w zwyczaju, a to już pani Agnieszce, psycholog, było wyraźnie nie w smak. W odpowiedzi usłyszałam, że tak naprawdę każdy psycholog w tym kraju może mówić na warsztatach co chce- są setki teorii, krocie nurtów w psychologii, a słuchacze, uczestnicy tego typu spotkań i tak uwierzą, bo mówi im to psycholog…

Serio ludu? Wszystko łykniesz??? Psycholog jest zgodnie z tym konceptem takim małym Bogiem, nic tylko robić kolejny dyplom, skoro taką ma moc;) Wygląda na to, że mając go w garści można opowiadać wiele, jeśli nie wszystko. Lekko mnie przeraziła myśl, jak wiele Agnieszka Stein ma w tym twierdzeniu racji… Wszędzie, jak okiem sięgnąć, podpieramy się komentarzami psychologów- telewizja, radio, internet są ich pełne. W zdecydowanej większości ufamy im, traktujemy jak wyrocznię. Sama często i nadmiernie psychologizuję otaczającą mnie rzeczywistość, tak bardzo niepotrzebnie momentami! Zwłaszcza wówczas, gdy rzecz się ma macierzyństwa…

Trawiąc sobie to wyjątkowo burzliwe spotkanie, nie mogąc się za bardzo odnaleźć w tym całym psychologicznym zamęcie, doszłam do kilku rzeczowych wniosków i nie omieszkam Wam ich na sam koniec przedstawić:

Primo- psycholog też człowiek. Może mieć kiepski dzień, nastrój, nie być w formie, cokolwiek; może się mylić; może być dobry lub marny, dokładnie tak, jak nauczyciel, fryzjer, dentysta czy krawiec.

Secondo- zaufanie do psychologa warto mieć. Najlepiej nieco ograniczone i nie większe, niż to zaufanie, którym darzymy samych siebie.

Terzo- teorii w psychologii jest od groma albo i więcej. Żadna z nich nie daje nam stuprocentowej gwarancji na sukces wychowawczy i żadna nie jest według mnie cenniejsza od intuicji. Choćbym nie wiem ile książek się naczytała, szkoleń odbyła i psychologów się nasłuchała, to największe wrażenie zawsze robiła, robi i robić będzie na mnie nadal, INTUICJA. Warto się w nią wsłuchiwać najbardziej. Być jej wierną. Lub wiernym;)

No właśnie, intuicja… To ona podpowiada mi, że to chwalenie wcale nie jest tak straszne, jak je pani Agnieszka maluje. Tym samym chwalić zamierzam nadal;) A co!

Ciao,

K.

 

  One thought on “psychologiczny zamęt

  1. 14 kwietnia 2015 o 3:53 pm

    Intuicja – brawo! Cieszę się straszliwie jak takie rzeczy czytam… I masz rację we wszystkich punktach pod koniec, dodam moje ulubione, że szewc bez butów chodzi i jeszcze jedno, że każdy popełnia błędy, a psycholog nie jest nieomylny i nie należy wszystkiego łykać, jak to w zwyczaju mamy, bo wierzymy autorytetom…

    • 16 kwietnia 2015 o 7:14 am

      Baaaardzo mi się podoba to uzupełnienie:) Dziękuję za nie Sylwio!

  2. 16 kwietnia 2015 o 9:54 am

    Z takich czołowych zderzeń z autorytetami, to pamiętam dotąd, jak przeczytałam książkę Tracy Hogg , czołowej pielęgniarki dziecięcej poważnej bardzo tutaj w Anglii i też wiem, że w Polsce. Próbowałam wdrożyć jej podejście kiedy mój syn pojawił się na świecie… I po 2 dniach stwierdziłam, że ktoś tutaj oszaleje, albo ja, albo moje dziecko, albo my oboje. Więc, pogodził się z etykietka Tracy Hogg, że jestem rodzicem z przypadku. I dobrze mi z tym. Amen 😉 Pozdrawiam Sylwia

    • 17 kwietnia 2015 o 7:25 am

      Niech żyją rodzice z przypadku w takim razie! A Tobie, Sylwio, ślę warszawskie buziaki prosto na Wyspy;) Pięknego weekendu 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: