o radości

Radość. Ze wszystkich emocji ją większość z nas lubi najbardziej:) I właśnie z radości skrojony będzie dzisiejszy wpis. Z dwóch takich, które są mi dziś szczególnie bliskie. Choć okazuje się, że jak policzę, ile tych radości faktycznie tu zagości, to wyjdzie znacznie, znacznie więcej! Bo radość ma to do siebie, że mnoży się w zaskakująco szybkim tempie, potem te radości się przenikają, jedne wynikają z drugich i nagle robią się tego jakieś wielkie ilości;) Wystarczy „tylko” nauczyć się dostrzegać i doceniać małe rzeczy, z nich właśnie tej radości czerpać można najwięcej.

Zwykle mam tak, że gdy złamana jakimś jesiennym choróbskiem zalegnę w łóżku (a właśnie znajduję się w tej, co tu kryć, mało komfortowej sytuacji), otwieram komputer i organizuję sobie doroczne przeglądanie zdjęć. Czasem oglądam je w pojedynkę, często w towarzystwie innych domowników i wtedy jest jeszcze weselej:) Wraca mnóstwo wspomnień, nachodzą człowieka różne refleksje, zwłaszcza, jak zobaczy się zdjęcie sprzed paru lat i skonfrontuje z bardziej już nadgryzionym przez ząb czasu licem, tu i ówdzie pomarszczonym, bo nietkniętym botoksem, choć może by wypadało? I szybki wniosek, że co to to jednak nie:) Zgoda na to, że czas mija i niezgoda, by się łudzić i oszukiwać, wszak to niewidoczne dla oczu jest najważniejsze i tego się trzymać zamierzam.

Wracając do rytuału oglądania zdjęć:) Urządziłam go sobie wczoraj i uświadomiłam sobie krótko po jego zakończeniu, że mnóstwo tych zdjęć można sprowadzić do dwóch, być może małych, choć dla mnie bardzo ważnych i wielkich radości….

Radość gubienia się, jako pierwsza:) Bardzo lubię się gubić. Zdarza się, że sama prowokuję takie sytuacje, żeby wyjść poza swoją strefę komfortu i odkrywać to, co dla mnie nowe, nieznane. Miejsca, w których nie byłam nigdy wcześniej, siebie, jakiej wcześniej nie znałam. Jest w tym coś niezwykle fascynującego i za każdym razem z takich sytuacji wynika wiele cennych wniosków, bezcennych widoków i wspomnień, do których wraca się latami. Jak to, z ostatnich wakacji, gdy wracając od mojej Przyjaciółki celowo wybrałam inną, nieznaną trasę, a później jeszcze z niej zbaczając w taką nieutwardzoną, wiodącą przez las, malowniczo piękną. Letnie, późne już popołudnie, zapach lasu, zając przebiegający nam drogę, kawałek dalej rodzina lisów, Klementyna z radości aż piszczy:) Po paru kilometrach droga wiedzie przez pola, zachodzące już słońce staje się idealną okazją do fotografowania i znowu radość, niewyobrażalne piękno. Ach!

Droga, którą zwykle pokonujemy w pół godziny, potrafi zająć trzy:) Ale ile w tym frajdy! Niespiesznie, z kilkoma przystankami w tych najbardziej urokliwych miejscach. Uważnie, w Tu i Teraz. Radość z zatrzymania się w pędzącym świecie. Z takiej prostej, acz bardzo ważnej umiejętności. O tak, doceniam te momenty bardzo:) Być może stąd moje uwielbienie Toskanii, w której wszystko odbywa się w rytmie slow;) I w której gubię się celowo tak często, jak tylko się da, czym jeszcze kilka lat temu doprowadzałam mojego męża do pasji… Wiele się zmieniło i gdy podczas naszej ostatniej wyprawy zbłądziliśmy wśród winnic i cyprysów, trafiając ostatecznie do pierwszej napotkanej restauracji i w niej zjedliśmy jeden z najlepszych posiłków w naszym życiu (tych smaków nie opiszą ŻADNE słowa, ślinka na ich wspomnienie cieknie mi jednak do dziś:)), zobaczyłam takie szczęście w jego oczach, że nie mam wątpliwości- polubił to, co tak bardzo go kiedyś irytowało:)

Trudno oszacować, jak wiele małych i dużych radości spotkało nas tam, gdzie „przez przypadek” (cudzysłów stąd, że w przypadki nie wierzę za grosz ani nawet za centa;)) trafiliśmy. Rozmowy z napotkanymi ludźmi, widoki, zapierające dech w piersiach, winogrona zrywane prosto z winnych krzewów, psy, które z miejsca pokochały Klementynę, a wśród nich jeden, z którym o mały włos wrócilibyśmy do Polski- tak bardzo nie chciał się z nią rozstać, a ona z nim:) Dzieci- duuużo dzieci. Biegających, psocących, hałasujących, umorusanych dopiero co zjedzonym posiłkiem- szczęśliwych. Dostrzeganie i docenianie małych radości naprawdę staje się kluczem do odczuwania tej wielkiej 🙂

IMG_0561

Co ciekawe, ja tej radości naprawdę się nauczyłam. To dowód na to, że można:) Co więcej, można ją czerpać na każdym kroku, każdego dnia. Dziś, nie ruszając się z domku, czerpię ją na przykład z pisania, picia rozgrzewającej herbaty z miodem (Karolciu! Żadna nie działa lepiej niż ta, którą mi podarowałaś- dziękuję!!!) i śpiewania włoskich piosenek z moją córcią.

A jakie są Twoje dzisiejsze małe radości? Baaaardzo chętnie o nich poczytam:) Podzielisz się?

K.

  One thought on “o radości

  1. agata
    6 listopada 2014 o 4:21 pm

    Moja radość to Dawidek, który dosłownie przed chwilą zasnął mi na rękach, dzięki czemu mogłam szybciutko skoczyć na Planetę Feli i doświadczyć kolejnej radości z czytania tak cudownego wpisu!

    • 6 listopada 2014 o 10:08 pm

      Dawidek to radość z gatunku tych największych:))) Ja przynajmniej sobie większej radości od tej, którą dają dzieci nie wyobrażam…
      Uściski dla Ciebie i Twojego Skarbu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: