kocham go… bardziej*

Jedna z bardzo cenionych przeze mnie terapeutek zwykła pytać co oporniejsze na zmianę delikwentki, co jeszcze ich partner musi zrobić, żeby (wreszcie) zdecydowały się o siebie zawalczyć. Pielęgnuję w pamięci zarówno to pytanie, jak i obraz kilku takich, dla których nawet mąż goniący z siekierą to wciąż mało (nadal trudno mi w to uwierzyć, ale okazuje się, że TO naprawdę może nie być wystarczający argument!!!). Regularnie znęcający się, uderzający głową o futrynę drzwi- mało. Nie wracający na noc z „niewiadomych” względów- mało. Mający, jak się okazuje kilkuletnie dziecko na boku i jego mamę na utrzymaniu- mało. Zdradzający, zaniedbujący, pijący tudzież ćpający? Mało, wciąż mało.

Rozmawiam z Moniką. Atrakcyjna, na oko niewiele po trzydziestce. Wykształcona, z wysoką inteligencją bardzo jest jej do twarzy. Mama jasnowłosego chłopca, żona z nie najdłuższym stażem. Za to z problemami, które skutecznie odbierają jej radość życia. Bo o radości małżeństwa zdążyła zapomnieć już dawno. Mąż? Pojawia się czasem, lubi spędzać czas z małym Jasiem. Jaś również. Tylko ona jakoś ostatnio mniej mu po drodze, dlatego stara się jej unikać i nawet dobrze mu to wychodzi. Nie unika za to spotkań z kolejnymi kobietami, które raz po raz pojawiają się w jego życiu. Monika tego nie widzi. A właściwie nie chce widzieć. I pewna jest tego, że bardzo go kocha.

W moich uszach brzmi to znajomo. Tyle, że gdy ona mówi „kocham go”, ja słyszę „kocham go… bardziej”. Bardziej niż siebie samą. I jest to dla mnie tak znajome, jak i przerażające zarazem. Nieświadoma swojej wartości, godząca się na wszystko to, co funduje jej mąż i wierząca, że to tylko przejściowe, że będzie dobrze, że mu to minie, że on się zmieni. Zwodzi ją, zawodzi, właściwie sam nie wie, czego chce ale ona kocha. I „walczy”. Gdy tylko szanowny małżonek pojawia się w drzwiach, wraca nadzieja na to, że tym razem zostanie. Że będzie. Ale potem znowu znika, potem wraca, potem znika i tak w kółko. Latami.

Kocham. Zastanawiam się przez chwilę, co to w rozumieniu Moniki oznacza. Jaka właściwie jest ta jej definicja miłości bo, choć uczucie niby jedno i to samo, postrzegam je zgoła inaczej. Czy można kochać drugiego człowieka, jeśli nie kocha się siebie? Ta miłość do samego siebie musi być pierwsza, by móc nią obdarzać kogokolwiek!

Bez poczucia godności i szacunku dla partnera nie ma zdrowego związku. W większości zdajemy sobie z tego sprawę, jakże często przymykamy jednak oko na sytuacje, w których godności i szacunku zabrakło. Dajemy ciche przyzwolenie na zachowania, które z szacunkiem i godnością niewiele mają wspólnego. Nawet, gdy powtarzają się regularnie, zatłumaczamy, łudzimy się, chcemy wierzyć, że jeszcze będzie ok. Są takie osoby w naszym życiu, na które jesteśmy w stanie czekać bardzo długo, nawet przez całe życie. Pytanie tylko, czy takie przeczekane życie może być życiem dobrym, szczęśliwym? Mnóstwo mam wokół tego wątpliwości…

Monika czeka. W jej mniemaniu na męża trzeba czekać, głównie dla dobra dziecka oczywiście. Tak jakby dobry był dla dziecka widok smutnej, zatroskanej mamy, ciągle czekającej na tatusia. Nadmiernie skoncentrowanej na swoim mężu, właściwie skoncentrowanej tylko na nim. Jakkolwiek jestem wielką orędowniczką podejmowania prób ratowania rodziny, to nie ma co się łudzić, że udadzą się one, gdy chętna do pracy jest tylko jedna ze stron. Ale w rozmowie z Moniką przewija się często jeszcze jedno- postać jej mamy. Pani mama mówi, że (SIC!) takie jest życie, faceci zdradzają, nie on jeden ale wszyscy. Tak mają i już. Ale jak przychodzi do Ciebie, to Ty się do niego zbliż, bądź miła, taka jest przecież rola żony! What the fuck???

Zmiany nie są łatwe, nie ma się co oszukiwać, że jest to głównie pot i w przewadze są to krokodyle łzy. Ale tylko PRZEZ JAKIŚ CZAS! A czas ma to do siebie, że mija. Minie i tak, pytanie tylko, jak go spożytkujemy. Czy na trwanie w czymś, co bardzo brzydko pachnie, czy na najsensowniejszą lekcję, na jaką możemy się zdecydować. Tak, tak, trzeba się nauczyć kochać najbardziej siebie, potem wszystko znajduje swoje właściwe miejsce.

Kochająca bardziej… siebie i głęboko wierząca, że każdy może, jeśli tylko bardzo chce 🙂

Kibicująca!!!

K.

* Artykuł oparłam na historiach kobiet, które kochają bardziej. Problem ten (w mniejszym stopniu, ale jednak) dotyczy także mężczyzn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: