remedium

Jest taka przypowieść, którą kilka miesięcy temu znalazłam w internetach. Długa, chwilami żmudna i przygnębiająca ale naprawdę przydatna;) Zachęcam do przeczytania:

„Pewnego razu, w krainie dalekiej, chociaż w gruncie rzeczy bliskiej, w czasach wcale nie odległych i wcale nie tak różnych od dzisiejszych, żył pewien król, który widząc, że śmierć zbliża się do niego powoli acz nieuchronnie, wezwał swojego jedynego syna i przekazał mu swój największy skarb: sygnet, w którym można było ukryć coś specjalnego: pukiel włosów ukochanej, lub truciznę dla wroga. Nie miał żadnych życzeń poza jednym: prosił syna, aby ten otworzył sygnet tylko w największym kryzysie, w sytuacji, kiedy nie będzie widział żadnego innego wyjścia, kiedy poczuje, że jest on jedyną deską ratunku. Młody książę obiecał dotrzymać słowa i rzewnie płacząc, żegnał swojego odchodzącego ojca.

Minęło kilka lat, młody król rządził mądrze i rozsądnie, a królestwo opływało w łaski. Lada dzień miał mu narodzić się syn – następca tronu, który jak wierzył, po latach będzie mógł przejąć to, co on sam i jego poprzednicy zbudowali. Los bywa jednak przewrotny i tym razem też pokazał swój czarci pazur. Królowa powiła syna, ale że poród był ciężki i trudny, sama zmarła nazajutrz po nim. Król zamknął się w swoich komnatach i pogrążył w bezmiernym smutku. Nic nie było w stanie ukoić jego bólu. Niemowlęcy płacz, ani śpiew ptaków, ani nawet najwymyślniejsze sztuczki pałacowych kuglarzy. Czarne chmury wisiały nad królestwem, a doradcy cierpliwie acz zasadniczo poganiali króla, aby ten zajął się sprawami wagi państwowej, a nie wyłącznie swoim bólem. Władcę kusiło, aby sięgnąć po pierścień. W końcu miał on być remedium na cierpienie i strach, w końcu miał przynieść rozwiązanie. Pamiętał jednak słowa swojego ojca, o tym, aby użyć go tylko w ostateczności i czując głęboko w środku, że poradzi sobie z tym kryzysem, pozostawiał klejnot nienaruszony. Czas nie wyleczył ran, ale je zabliźnił. Król nie był już ten sam, ale pomału odzyskał chęć do życia i zajął się na nowo królestwem.

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami, a szczęście bywa samotne. Tak było i tym razem. Po kilku latach, królewski syn, duma i pociecha ojca, zapadł na tajemnicza chorobę. Chłopiec marniał w oczach. Medycy robili, co mogli, ale byli bezradni. Dziecko zmarło. Król rwał włosy z głowy, ciskał przedmiotami po pałacowych salach, wygrażał niebu i ziemi, targował się z Bogiem i Diabłem, byłby sprzedał własne życie, gdyby miało to wskrzesić chłopca. Ale nic nie odmieniło przeznaczenia. Dziecko odeszło i życie królewskie wraz z nim. Wszystko straciło sens. Dzień był jak noc, a noc czarna jak otchłań. Król podupadł na zdrowiu, a jak wiadomo na choroby, które rodzą się z ducha, nie ma lekarstwa. Uzdrowienie przychodzi z wnętrza, albo nie przychodzi nigdy. Król przypomniał sobie o pierścieniu i już, już miał go otworzyć, kiedy w głowie zabrzmiał mu głos ojca: “Obiecaj, że użyjesz go tylko wtedy kiedy poczujesz, że nie ma dla Ciebie żadnej nadziei. Obiecaj!” Serce krwawiło, ale dni mijały. Król wyszedł i z tego.

Kiedy był już stary i wydawało się czara nieszczęść przelała się dawno temu, doszło do rewolucji. Strącono go z tronu, umieszczono w więzieniu, śmierć była blisko. W ciemnościach ujrzał błysk swojego pierścienia. Zrozumiał, że to ten czas. Zrozumiał, że teraz może go otworzyć. Delikatnie ujął go w dłonie i uchylił lekko niebieskie wieczko. W środku nie było nic. Tylko napis. Kilka słów: “Nie martw się. Wszystko minie. To też!”

Pamiętam pewien rodzaj rozczarowania, który towarzyszył mi po przeczytaniu tej historii… Spodziewałam się jakiejś recepty na wszelkie nieszczęścia, tajnej wiedzy, jak sobie w najtrudniejszych momentach radzić, a finał okazał się tak… dziwny! Na pozór. Trochę czasu minęło, zanim przekonałam się, że parę cennych lekcji z niej płynie… Przypominam sobie o niej od czasu do czasu:) A Ty, weźmiesz z niej coś dla siebie?

Serdeczności 🙂

K.

  One thought on “remedium

  1. Kinga
    2 kwietnia 2014 o 7:52 am

    Wiesz Felu przeczytałam ten wpis, jak tylko się pojawił i kompletnie nie mogę się oderwać od niego myślami 🙂 Chciałam od razu coś napisać, skomentować, przedstawić swój punkt widzenia, ale ja po prostu nie wiem… 🙂
    Z każdym dniem interpretuję tę przypowieść zupełnie inaczej. Siedzi mi w głowie i wyjść nie może!
    Powtarzam się, ale UWIELBIAM Twojego bloga 🙂 Przede wszystkim dlatego, że zachęca do myślenia.

    Z ciepłymi pozdrowieniami,
    Kinga

    • 2 kwietnia 2014 o 10:54 am

      🙂 Cieszę się, że i ta (skomplikowana bądź co bądź) przypowieść spotkała się z Twoim uznaniem:) Mnogość interpretacji w tym wypadku jest nieunikniona;)
      Uściski Kingo!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: